środa, 29 lipca 2009

Długo zastanawiałam się jak opisać tę książkę. Przez cały czas czytania 'Dziewczyny z wybrzeża' towarzyszyło mi dziwne uczucie, którego nie potrafiłam poczatkowo sprecyzować.

Młoda dziewczyna z rybackiej wioski, której imienia nie znamy, zostaje wydana za maż za bogatego mieszczanina. Nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji, nie rozumie męża, którego nie zna i nie kocha. Nie wie jak powinna się zachowywać i co robić. Tęskni za rodzina i swoim dawnym życiem. Jedyne oparcie ma w służącej, która jednak szybko zostaje wyrzucona. W końcu zachodzi w ciąże i okazuje się, że sytuacja, do której powoli zaczynała przywykać, nie będzie trwała wiecznie i jej życie znowu diametralnie się zmieni.

Ta książka wydaje mi się bardzo, ale to bardzo nieprawdopodobna, a przez to po prostu kiepska. Poczynając od zarysowania postaci, i to zarysowania bardzo tendencyjnego. Każdy mieszkaniem wsi jest przedstawiony jako dobry, związany z ziemią i tradycją człowiek, którego należy szanować za ciężka pracę, niezależnie od jego postępków. Z kolei każdy mieszkaniec miasta jest butnym, zapatrzonym w siebie i swoje dobra konfidentem, który zbratał się z okupującymi kraj Holendrami. Do tego postaci są płaskie i tak nierzeczywiste, że przesłanki jakie nimi kierują są dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Podobnie fabuła, wydaje mi się naciągana i nierealna. Mimo świadomości, że pewne zjawiska mogą wiernie oddawać realia Indonezji początku XX wieku.

Wszystko to potęguje stwierdzenie znajdujące się na końcu książki, jakoby była to prawdziwa historia babki autora. Czy tak jest w rzeczywistości nie wiem, ale zupełnie do mnie ta historia nie przemawia. Najwidoczniej Indonezja leży zbyt daleko moich literackich zainteresowań.

wydawnictwo: Amber

niedziela, 26 lipca 2009

Czasy rewolucji w Iranie, obalenia szacha i rządów islamskiego terroru widziane oczami dziecka. Przedstawione w formie komiksu, bardzo graficznego, operującego jedynie czarna kreską, podkreślają jeszcze jego przejmującą tematykę.

Marji to dziewczynka, która obserwuje co dzieje się w jej kraju, obserwuje i po swojemu próbuje zrozumieć. Zrozumieć otaczający ja terror, postępującą islamizację kraju, wojnę i wiążące się z nią zagrożenie i strach. I poprzez śmiech, zabawę, bunt próbuje sobie poradzić z nową sytuację. A że Marji jest dzieckiem bardzo niepokornym i samodzielnym co i rusz spotykają ją mniej lub bardziej zabawne sytuacje, które wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika, ale uśmiech bardzo gorzki, gdyż Marji po dziecinnemu naiwna i pogodna nie zdaje sobie początkowo sprawy z zagrożeń i niebezpieczeństw, które czyhają na nią i jej najbliższych.

Dojrzewając w kraju ogarniętym wojną, rządzonym przez islamska dyktaturę Marji coraz trudniej jest zachować dziecięcą radość i beztroskę. Docierające do niej ze wszystkich stron obrazy tragedii, wieści o zabitych, zaginionych, torturowanych potęgują w niej poczucie niesprawiedliwości i buntu. W końcu rodzice, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie Marji może ściagnąc na swoją głowę, decydują się, wysłać ja do szkoły w Austrii. I jest to początek nowego etapu w jej życiu, bez rodziny, przyjaciół, z dala od kraju. Ale o tym mówi kolejny tom Persepolis. Historia powrotu, który, mam nadzieję, uda mi się niedługo dostać.

wydawnictwo: POST

piątek, 24 lipca 2009

Z położonego na odludziu ośrodka terapeutycznego dla kobiet znika jego właścicielka. Elina wychodzi z dworku w środku śnieżnej zimy w koszuli nocnej i przepada bez śladu. Sprawa komplikuje się, gdy kilka dni później odnalezione zostają jej zwłoki.

Ginie kobieta. Sprawę prowadzi inna kobieta, a większość podejrzanych to również kobiety. Ten kryminał jest na wskroś kobiecy, ale przez to wcale nie sentymentalny czy rzewny. I choć termin 'literatura kobieca' ma często znaczenie pejoratywne i niesłusznie kojarzy się z romansami i czytadłami niskich lotów, myślę, że 'Kobiety ze śniegu' jest jak najbardziej książką kobiecą. Napisaną przez kobietę o kobietach.

Oprócz wciągającej intrygi kryminalnej mamy w 'Kobiecie ze śniegu' ciekawy obraz fińskiego społeczeństwa i przede wszystkim obraz kobiety w tym społeczeństwie. Leena Lehtolainen prezentuje różne typy kobiet. Kobiet, które w skrajnie różne sposoby próbują ułożyć sobie życie w  zdominowanym przez mężczyzn świecie. Maria Kallio, jest jedyną kobieta w wydziale kryminalnym w Espoo i mimo kilku lat służby w policji ciągle musi walczyć o swoją pozycję. Bo nie dość, że kobieta, to jeszcze drobna, o dziewczęcej urodzie, świeżo upieczona mężatka. Musi bardzo się napracować, żeby 'zasłużyć' na szacunek kolegów z pracy. Johanna całe życie spędziła w bardzo ortodoksyjnym wiosce, wcześnie wyszła za mąż za pastora i urodziła dziewięcioro dzieci. Gdy, przy kolejnej zagrażającej życiu ciąży, zdecydowała się na aborcję maż wyrzucił ją z domu. Tak Johanna trafia do ośrodka Eliny, gdzie oprócz niej znalazły schronienie striptizerka Milla, która w dzieciństwie była molestowana przez ojczyma czy zagubiona pianistka Ninna, nie radząca sobie po śmierci matki.

Lehtolainen przedstawia społeczeństwo pełne sprzeczności, w którym kobieta ma prawo do aborcji na życzenie, każdy bez skrępowania korzysta z pomocy psychiatry, a homoseksualne pary wychowują wspólnie swoje dzieci, i jednocześnie kobieta-policjantka nadal budzi zdziwienie i niewybredne komentarze, a obok liberalnego społeczeństwa funkcjonują bardzo tradycyjne, purytańskie wręcz wioski.

Bardzo interesująca książka. Polecam!

wydawnictwo: słowo / obraz terytoria

wtorek, 21 lipca 2009

Moje nowe książkowe nabytki. I na nic się zdało moje postanowienie, żeby nie kupować książek, skoro pod nosem mam dobrze zaopatrzoną bibliotekę. A biblioteka uniwersytecka, mimo że trochę dalej to w nowości jest bardzo obfita :) No i mam!

'Rękopis zagubiony w Jeleniewie' wypatrzony w Taniej Książce, z racji nawiązania do uwielbianej przeze mnie książki Potockiego i akcji dziejącej się na Suwalszczyźnie nie mogłam nie wziąć. Już na pierwszej stronie wspomniany  jest bar 'Pod Jelonkiem', w którym jadłam pyszne kartacze. Wspomnienia wracają :)

'Północna granica' - nagroda w konkursie.

Shriever, Adichie i Berne czyli książki spod znaku Orange Prize, łupy z Allegro.

'Watership down' czyli 'Wodnikowe wzgórze' świetna książka, którą czytałam kilka lat temu, teraz znaleziona w ciuchlandzie, kosztowała ledwie kilka złotych :)

Cienkie różowe to 'Małe trolle i duża powódź', teraz do kompletu brakuje mi tylko 'Zimy Muminków'. Razem z 'Pyzą' to promocja z Naszej Księgarni.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Jak łatwo z oprawcy można stać się ofiarą, a z ofiary oprawca? 'Za podszeptem diabła' pokazuje, że w ciągu kilku sekund.

Od samego początku wiemy, że stało się coś złego, ze ktoś zginął. Nie wiemy tylko w jaki sposób, co do tego doprowadziło. W jaki sposób ścieżki kilku osób przecięły się w jednym momencie, by zmienić ich życie na zawsze.

Karin Fossum równolegle prowadzi kilka wątków narracji. Poprzez retrospekcje uchyla po kawałku zasłonę, za którą leży ciało. I ta powolna narracja, ukazane godzina po godzinie wydarzenia z feralnego dnia Andreasa i Zippa, potęguje wrażenie narastającego napięcia. Widzimy, na pozór, zwyczajny dzień dwóch młodych mężczyzn, nudę, piwo w knajpie, włóczenie się po mieście, chuligańskie wybryki. Ale dzieje się coś nieoczekiwanego i skumulowane w nich napięcie musi znaleźć ujście, musi dojść do wybuchu.

Jednocześnie słuchamy monologu Irmy Funder, samotnej starszej pani, bez przyjaciół czy zainteresowań, z którą syn prawie nie utrzymuje kontaktu. Samotność i pustka, która początkowo wzbudza litość i żal. Dopóki nie wsłuchamy się uważniej w ten głos, wtedy budzi on tylko niedowierzanie i przerażenie.

Targające bohaterami uczucia udzieliły się i mi. Narastające napięcie, przerażenie i nieuchronność tragedii były tak obezwładniające, że razem z bohaterami oczekiwałam, żeby w końcu się coś stało. To oczekiwanie było nie do zniesienia, ale jednocześnie nie byłam gotowa na to co ma nastąpić, na to szaleństwo, przemoc.

Karin Fossum rysuje bardzo przygnębiającą wizje społeczeństwa. Życie bohaterów przez brak miłości, tolerancji czy współczucia z góry skazane jest na porażkę. Ludzie żyją obok siebie, ale nie razem. Nie rozumieją się i nie chcą lub nie potrafią się zrozumieć. I ten brak zrozumienia, ta obojętność doprowadza do tragedia. Do tragedia, która może być udziałem każdego z nas.

wydawnictwo: Znak

piątek, 17 lipca 2009

Wspaniała książka, pełna zabawnych historyjek, pięknych opisów przyrody i wnikliwych przemyśleń na temat sytuacji w Afryce. Książka od której nie można sie oderwać. Mam kilka stron wypisanych z niej cytatów i zupełnie nie mogę się zdecydować, które wybrać, bo najchętniej przepisałabym całe rozdziały :)

Noce chłodne, więc włóczęga bezpiecznie kładzie się tuz obok jadowitej żmii i śpi spokojnie, a rankiem gdy chłód osiąga najwyższy stopień, podróżny ranny posiłek przyrządza. Gdy odejdzie pożywi się odpadkami przez niego pozostawionymi mysz pustynna, którą następnie żmija zjada. Tę znów pochwyci i pożre orzeł pustynny. Jego zaś jaj nie raz od głodu ratują podróżnego. Wszystko żyje, umiera i znowu się odradza (str. 20).

Kazimierz Nowak to postać tak barwna, tak niezwykła a jednocześnie prawie nieznana. Zafascynowany Afryką postanawia przemierzyć ten kontynent z północy na południe. Bez wsparcia państwa czy jakiejkolwiek instytucji podróżuje przez Afrykę rowerem, pieszo, łodzią lub na dromaderze. A dotarłszy na Przylądek Igielny decyduje się odbyć tę drogę po raz kolejny z południa na północ. Przez pięć lat swojej podróży boryka się z nieprzychylnością władz, strachem tubylców, licznymi chorobami, głodem, pragnieniem, zmęczeniem, ale też z tęsknotą za krajem i pozostawioną w Polsce rodziną.

Tak! Całe pięć lat - długi okres, ale gdy dziś myślę o minionych latach, zdaje mi się, że były one jedynie snem krótkim. Snem o dżungli, o pustyni, o wolności i gdyby nie te tysiące zdjęć, które zrobiłem w Afryce, może uwierzyłbym nawet, iż był to tylko cudowny sen! (str. 150)

W swoich listach i relacjach Nowak przedstawia Afrykę, której już nie ma - Afrykę kolonialną z początku lat trzydziestych ubiegłego wieku. Stykając się z różnymi plemionami, z zamieszkującymi Afrykę białymi, Nowak daleki jest od pretensji Europejczyka, pretenscji białego człowieka w Czarnej Afryce. Widzi całą krzywdę jaka się dzieje na tym kontynencie i opisuje ją. Rząd tutejszy robi, co może, aby tych dzikusów wyciągnąć z kniei i obdarować dobrodziejstwami cywilizacji, czyli płaceniem podatków i zatrudnieniem jako robotników do zbioru kauczuku (str. 131). Tak! Afryki nie cywilizuje się, lecz eksploatuje ją najzwyczajniej... kopalnie, plantacje, a nade wszystko pierwotność tubylców (str. 136).

Ale widzi też piękno tutejszej przyrody, urzekającej ale i pełnej niebezpieczeństw. Widzi także gnuśność niektórych ludów, ale i ciężką pracę i drobne radości życia innych. Nowak nie potępia, nie pogardza, ale reaguje bardzo emocjonalnie na obyczaje i zachowania spotykanych na swej drodze plemion, czy byli to hałaśliwi Arabowie z Egiptu czy chowający się po kniejach lud Babinga. I opisuje swoje podróże i refleksje pięknym językiem, skrzącym się humorem, poetyckim.

W mojej bibliotece trafiłam na II wydania 'Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd' i jest to niewielka licząca zaledwie 150 stron książka. Na szczęście wydawnictwo Sorus zdecydowało rozszerzyć kolejne wydania. I na takie wydanie teraz poluje. Bo jest to książka, którą zdecydowanie chcę mieć na swojej półce.

środa, 15 lipca 2009

Już dawno żadna książka tak mnie nie poruszyła. Ta powieść zaprowadziła mnie na samą krawędź paskudnego nastroju, z którego nie mogłam się wyrwać do późna w nocy. Właściwie od jej połowy zalewałam się łzami i nie przestałam płakać jeszcze długo po przeczytaniu ostatniego zdania. I do rozpaczy doprowadzała mnie nie tyle jej treść, ale świadomość, że opisane w niej sytuacje zdarzają się cały czas na całym świecie.

Kambili to pobożna, posłuszna rodzicom nastolatka, wzorowa uczennica, która mieszka z bratem Jaja równie jak ona dobrze ułożonym i grzecznym, matką, zajmującą sie domem i tatą, wpływowym właścicielem gazety, bogobojnym chrześcijaninem. Sielankowy obraz tej rodziny psują drobne rysy, pojedyncze incydenty, których prawdziwego znaczenia nie byłam początkowo świadoma. Dopiero gdy Kambilii i Jaja jadą na kilka dni do dalszej rodziny, w zetknięciu z radosnym, pełnym żartów, dyskusji i kłótni domu ich cioci widzimy jak przeraźliwie pusty i pełen strachu jest dom Kambili i Jaja, gdzie każda decyzja, każda godzina życia zależy od despotycznego ojca.

Tej nocy śniło mi sie, że się śmieję, ale chyba nie był to mój śmiech, chociaż z drugiej strony nie wiedziałam, jak mój śmiech brzmi. Ten ze snu przypominał gardłowy, jazgotliwy i serdeczny śmiech cioci Ifeomy.(str. 65)

Pod wpływem cioci, kuzynów i księdza Amadi Kambili odkrywa czym jest prawdziwa miłość, serdeczność, jak powinien wyglądać prawdziwy dom. Zachodzą w niej nieodwracalne zmiany, po raz pierwszy cieszy się ze zwykłych, codziennych czynności, śmieje się, po raz pierwszy jest szczęśliwa.

Uśmiechnęłam się. Siedząc obok niej i słuchając Feli i Onyeki z maleńkiego magnetofonu, w którym niedawno wymieniła baterie, miałam poczucie bliskości i wspólnoty, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłam. Nigdy dotąd nie milczało mi się tak dobrze jak z nią, jak wtedy, gdy przebierałyśmy ryż, a musiałyśmy robić to bardzo ostrożnie, bo ziarenka były maleńkie i czasem wyglądały jak szkliste kamyczki. Nawet powietrze znieruchomiało, powoli budząc się po deszczu. Obłoki rozsuwały się niechętnie, jak sczepione ze sobą kłaczki waty. (str. 165)

Kambili dorasta, dojrzewa do buntu, do walki o własna godność, o to co dobre i ważne w życiu. I jest to walka bardzo bolesna i długotrwała, której konsekwencji nie da się przewidzieć.

wydawnictwo: Amber

niedziela, 12 lipca 2009

Na mieście mówili, że 'Wojna polsko-ruska' jest przegięciem, przesadą, na dłuższą metę, nie do wytrzymania. Ale otwieram ja i ze stron sypią się na mnie kamienie i wiersze Andżeli i torebeczki po amfie Magdy, co to je wylizywała znalazłszy puste po kieszeniach i torebkach i poplamione buksy Silnego i jego krótkofalówka wypada i Łup! mnie w czoło. I wylatują jeszcze papużki Ali i torebka po barszczu, co go Natasza wciągała i wytacza się na koniec długopis z napisem "Zdzisław Sztorm. Wytwórnia piasku".

A ja siedzę w tym całym szajsie, bajzlu co mi się na głowę wali, przygniata mnie do podłogi. Ja się próbuję wydostać, młócę rękami jak w mętnej wodzie, jak w bagnie i zatapiam się jeszcze bardziej, pogrążam wręcz.

Literki mi sie zlewają w czarny sznur koralików nanizanych na białą nitkę. I ten sznur oplata się wokół mnie, przydusza i ręką ani nogą ruszyć nie mogę. Aż biało mi się robi przed oczami, biało-czarno, bo te literki krążą wokół mnie jak jakieś ptaki drapieżne, kruki czy wrony i dziobią mnie swoim sensem, natrętne, nie do odgonienia.

Potem się okazuje, że te literki, ten czarny sznur z jednej strony podłączony jest do radara, który pika i brzęczy i być może to jest moje serce własne, nowe, osobiste, a z drugiej strony znajduje się wtyczka, co ją ktoś bezczelnie wyszarpuje z kontaktu.

I pada flesz i raptem robi się ciemno.

wydawnictwo: Lampa i Iskra Boża

poniedziałek, 06 lipca 2009

Wybrałam zły czas na czytanie tej książki. Lejący się obecnie z niego żar zupełnie nie pasuje mi do klimatu tej książki. Cały czas w trakcie czytania 'Kronik portowych' czułam dysonans, tutaj obezwładniajacy upał, a tam wietrzna i zimna Nowa Funlandia. Wyspa na której każdy dzień jest zmaganiem z niegościnną przyrodą. Wyspa ludzi twardych, obeznanych z ciężką pracą, trudami życia, z niespodziewaną śmiercią.

I w takie miejsce trafia Quoyle, życiowy rozbitek, poraniony nieszczęśliwym dzieciństwem, zdradzany przez żoną, wyrzucany z marnych prac. Stanowił uosobienie wszelkiej niezdarności. O głowę wyższy od swoich rówieśników, Quoyle chodził, powłócząc nogami, w dodatku wiedział o tym, że mógł uchodzić za osobnika nieco tępawego. [...] Z wyglądu bowiem przypominał ogromny, wilgotny bochen chleba. [...] Twarz pomarszczona jak zaciśnięta pieść. Oczy barwy gliny. I ów monstrualny podbródek przypominający półkę doczepioną do dolnej części twarzy (s. 12). Wydaje się, że Quoyle, tak nieprzystosowany do życia, załamie się, lub ucieknie z powrotem do dawnej beznadziei. Ale on trwa.

Trwa bo musi zadbać o córki, o rozsypujący się dom swoich przodków, o nową pracę która początkowo go przerasta, o łódkę, pomost, lód do lodówki, dach, opiekę dla dziewczynek i mnóstwo innych drobnych spraw. Musi zorganizować dla swojej rodziny życie od nowa. I to na przekór żalowi po stracie żony, na przekór humorom i strachom córek, na przekór zmiennej pogodzie, na przekór widmom z przeszłości.

I tak małymi kroczkami, niepostrzeżenie Ouoyle odżywa, zaczyna samodzielnie podejmować decyzje. Życie staje się dla niego wyzwaniem i Quoyle zaczyna działać. Jeżeli życie było świetlnym łukiem, który zaczyna się i kończy w ciemnościach, to pierwsza część jego życia uplynęła w zwykłym oślepiających świetle, Tutaj jakby znalazł spolaryzowane soczewki, które pozwalały mu spojrzeć na wszystko głębiej i wyraźniej. Pomyślał jaki był głupi tam, w Mockingburgu, chwytając wszystkiego, co podeszło mu pod rękę. Nic dziwnego, że miłość przeszyła mu serce i płuca, powodując wewnętrzny krwotok (s. 244).

'Kroniki portowe' to świetna, podnosząca na duchu książka. Polecam również ekranizację Lasse Hollstroma z Kevinem Spaycey w roli Quoyla.

wydawnictwo: Rebis

sobota, 04 lipca 2009

Aerien wywołała mnie do odpowiedzi. I choć zazwyczaj nie przepadam za łańcuszkami, tym razem chętnie wezmę w nim udział :) To taki sympatyczny, niezobowiązujący zwyczaj :)

Czy zdarza Ci się czytać wiele książek na raz (ile? jak często?) Czy skupiasz się na jednej?

Kiedyś tak, zawsze czytałam po kilka książek na raz, czytywałam je na zmianę lub zależnie od nastroje. To chyba było związane z głodem literek, pochłaniałam książki w ilościach hurtowych :) Ostatnio zdarza mi się to coraz rzadziej, a i książki czytam wolniej, wolę delektować się książką (jedną na raz), skupić na bohaterach, wczuć w atmosferę.

Jak obchodzisz się z książką z biblioteki? Podkreślasz, notujesz, wrzucasz zakładkę tudzież zabierasz skarby tam zastane? Czy takie zachowania u innych irytują Cię czy przeciwnie, lubisz czuć, że książkę już ktoś czytał?

Nie znoszę pisania po książkach, zaginania rogów, ani po moich, ani tym bardziej z biblioteki. W pożyczonych książkach zawsze odginam ośle roku, wygładzam pogniecione kartki, zdarzyło mi się też ścierać czyjeś podkreślenia, które przeszkadzały mi w czytaniu. Co nie znaczy, że wolę nowiusieńkie książki prosto z drukarni. Lubię książki po których widać, że były wielokrotnie czytane, które otwierają się same na konkretnej stronie, lekko pożółkłe, z postrzępionymi kartkami.

Czy masz swój czytelniczy rytuał (opisz) Np. ostrzenie ołówków, malinowa herbata, koc, ulubiona muzyka - kompletna cisza?

Mam! Bardzo lubię czytać przed zaśnięciem i gdy się kładę do łóżka, biorę szklankę wody z cytryną i miodem i czytam. Czasem tylko kilka akapitów, a czasem i kilkadziesiąt stron, gdy książka jest wciąąąąąągającą :)

 

A teraz moja kolej. Poniżej trzy moje pytania i trzy osoby, które wytypowałam do dalszej zabawy:

Czy zdarzyło Ci się zarzekać, że jakiejś książki (autora lub gatunku) nigdy nie przeczytać, a potem przeczytać i się zachwycić?

Czy masz ukochane książki, do których chętnie wracasz?

Jaka książka z dzieciństwa najbardziej utkwiła Ci w pamięci i dlaczego?

A do odpowiedzi zapraszam: Be.el, GerminiVrm :)

 
1 , 2