środa, 29 kwietnia 2009

Do niedawna jedyne przeczytane przeze mnie książki z gatunku fantastyki to były 'Hobbit' i 'Władca pierścienia' Tolkiena, a to wyłącznie pod wpływem fascynacji filmem. Do niedawna na pytanie jakie książki czytam odpowiadałam, że wszystkie za wyjątkiem fantastyki :) Ale to się zmieniło, spotkałam uroczą osobę, która zaraziła mnie miłością do tego gatunku i teraz ochoczo nadrabiam zaległości w tej dziedzinie. Szczególnie przypadły mi do gustu utworu rosyjskich twórców tego gatunku.

Znika siostra Galiny, i to znika w bardzo nietypowy sposób: zamienia się w kawkę i wylatuje przez okno łazienki. Tylko Galina zdaje sobie sprawę co się z nią stało, ale nie chcąc wrócić do szpitala psychiatrycznego, nic nikomu nie mówi i na własną rękę stara się rozwiązać zagadkę zniknięcia siostry. Na swojej drodze napotyka milicjanta Jakowa, który zajmuje się mnożącymi się sprawami zniknięć i bezdomnego malarza Fiodora, który widzi więcej niż inni. Razem rozpoczynają największą przygodę swojego życia, w trakcie której napotkają mnóstwo baśniowych stworów,  istot  wyjętych wprost ze słowiańskiej mitologii oraz historycznych postaci.

Jeden z recenzentów zacytowany na okładce porównuję 'tajemną historię..." z prozą Bułhakowa i Gaimana i w pełni się z tym stwierdzeniem zgadzam. Ta książka pod każdym względem dorównuje ich pisarstwu i jeżeli tak wygląda debiut Ekateriny Sedii to niecierpliwie czekam na kolejne jej książki.

wtorek, 28 kwietnia 2009


Pierwsze strony „Centaura” przyprawiły mnie o zdumienie. I nie zdziwiło mnie to, że nauczyciel został w trakcie lekcji trafiony przez jednego z uczniów strzałą w nogę. To jeszcze potrafię sobie wyobrazić. Ale gdy nauczyciel opuścił salę i idąc szkolnym korytarzem „próbował nie dotkać tą nogą podłogi, lecz nierówny stuk pozostałych trzech kopyt brzmiał donośnie” (str. 10), a „ jego wielki, siwo nakrapiany zad zatrząsł się z niesmakiem, lecz głowa i tors płynęły naprzód jak rzeźbiona figura na dziobie tonącego okrętu” (str. 11). Kolejna lekcja przeradza się w rozpasaną orgię, w trakcie której dyrektor Zimmerman baraszkuje z jedną z uczennic, a inny uczeń Deifendorf (pod postacią centaura) pokrywa koleżankę z klasy.

Równie zaskakująca jest reszta książki, która przedstawia kilka dni z życia rodziny Caldwell'ów: kilkunastoletniego Petera, ojca - nauczyciela w miejscowej szkole, matki zajmującej się gospodarstwem i dziadka. Kluczowe są tu wzajemne relacje miedzy ojcem a synem, pełne troski, potrzeby miłości i akceptacji ale i irytacji czy pogardy. Wzajemnie otaczając się opieką, ranią się nieświadomie.

Ojciec poświęca wszystko dla syna, nie zauważając go jednocześnie: "Wczoraj całą noc nie spałem i próbowałem przypomnieć sobie coś przyjemnego. Nie udało mi się. Strach i nędza: oto moje wspomnienia. - Bardzo mnie to dotknęło: przecież ojciec miał mnie." Syn z kolei mimo troski i ciągłego zabiegania o akceptację ojca, traktuje go pobłażliwie, z irytacją graniczącą z niechęcią: "ojciec ciążył mi niezmiernie. We wszystkim, co się zdażyło tego wieczoru, ten ciężar, ten jego bezwład na każdym kroku, rozbijał mój plan jakże prosty: dowieźć go do domu, gdzie wyjdzie spod mojej opieki." Ich wzajemne relacje możnaby podsumować jednym zdaniem wypowiedzianym w trakcie lekcji łaciny: "Kochamy gdy już jest za późno".

Historia działa się jednocześnie na dwóch równoległych płaszczyznach: rzeczywistym świecie amerykańskiej prowincji lat 50-tych oraz symbolicznym świecie greckiej mitologii. Te dwa światy płynnie się przenikają, uzupełniając się wzajemnie. Sceny z życia członków rodziny przedstawione są z niezwykłą pieczołowitością, w której każdy szczegół ma znaczenie, przeplatają się ze scenami, w których kilka godzin zlewa się w jeden ciągły, bełkotliwy dialog. I ta niejednorodność męczy i rozprasza, choć nie przysłoniła mi przyjemności z czytania książki i chęci sięgnięcia po kolejne pozycje Updike’a, szczególnie serii o Króliku.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Nie planowałam żadnych książkowych zakupów. Stały dostęp do świetnie zaopatrzonej biblioteki, możliwość korzystania z księgozbiorów znajomych sprawia, że wcale mnie nie kuszą wypady do księgarń. Szczególnie że na półkach wolę mieć książki ulubione, do których często wracam, albo są dla mnie z jakiegoś powodu ważne. A po ostatnich porządkach okazało się, że jednak za dużo jest wśród nich książek, których albo nie przeczytałam i nie mam zamiaru, albo przeczytałam i więcej do nich wrócić nie mam zamiaru. Zbierają tylko kurz i zajmują miejsce. Dlatego zakupy książkowe ograniczyłam do minimum, czyli do zera :)

Ale dziś światowy dzień książki, a ze wszystkich stron kuszą promocje. Zajrzałam z ciekawości do dzisiejszej oferty merlina i wpadłam. Książka na którą poluję już od zeszłego roku, w cenie o której nie mogłabym nawet marzyć. 'Historyk' Elizabeth Kostovy uśmiechał się do mnie zachęcająco, po prostu nie mogłam odmówić :) Trzy razy sprawdzałam czy nie mam omamów wzrokowych i czy cena wynosi rzeczywiscie 5 zł!

Teraz czekam na przesyłkę :)

środa, 22 kwietnia 2009

... uporządkowania tego co czytam, żeby nie umknęły mi książki, które wywarły na mnie wrażenie i ich autorzy, bo pamięć mam dobrą ale krótką, albo marną ale długą, jedno z dwojga :)

... głębszej refleksji nad czytanymi książkami, gdyż mam skłonność do połykania kolejnych tomów, i to połykania niestety powierzchownego

... kontaktu ze słowem pisanym i to pisanym przeze mnie, gdyż ostatni tekst o literaturze napisałam w liceum (na studiach pisałam prace zupełnie innego rodzaju)

... przekonania się, że jeszcze to potrafię, sklecić kilka sensownych zdań, tworzących sensownie połączone ze sobą akapity

dlatego właśnie powstał ten blog :)

wtorek, 21 kwietnia 2009

Główną osią książki jest postać Hannah, kobiety uwięzionej we własnym domu, wokół której krążą domownicy, usłóżni strażnicy jej więzienia. Wydaje się, że Hannah pogodziła się ze swoim losem, dobrowolnie zgodziła się odbywać karę ze zbrodnię, która nie została popełniona. Jej pozorna bierność wpływa na każdego, kto się z nią zetknie. W przedziwny sposób sama będąc ofiarą, więzi i zniewala innych mieszkańców domu oraz sąsiadów. Roztacza wokół siebie czar, któremu nikt nie może się oprzeć. I każdy kto pozna sytuacje panująca w Gaze, bezwiednie się do niej dostosowuje, znajduje sobie w niej własne miejsce. „Górskie szczyty i głębokie wąwozy, drzewa, pszczoły i ptaki o szerokich skrzydłach wszystko spało jakby wokół zamku śpiącej królewny.” Bohaterowie poddając się jej czarowi. Odprawiane jest misterium, w którym Hannah pełni jednocześnie rolę boga, kapłana i ofiary. 

Ten stan przerwać może jedynie Marian. Niedawno przybyła do Gaze, buntuje się przeciwko zastałej sytuacji, ale jednocześnie niczego nieświadoma ona również poddaje się urokowi. Próbując przeciąć obezwładniające wszystkich pęta, sama się w nie wikła. I tak wszystko zmierza do nieuchronnej katastrofy, gdyż stan letargu i odrętwienia nie może trwać w nieskończoność. Czy urok zostanie zdjęty? A może ktoś rzuci czar jeszcze potężniejszy, wiążący domowników znacznie silniejszymi pętami?

Książka niezwykła, porywająca czytelnika do świata leżącego na granicy rzeczywistości. Podczas lektury miałam wrażenie, że wikłam się w opowieść równocześnie z Marian, a scena na bagnach przyprawiła mnie prawie o palpitacje serca. Mocna, miejscami mroczna opowieść, którą warto poznać.


poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Zamiast przydługich wstępów recenzja jednej z ostatnio przeze mnie czytanych książek :)

Opowieść zaczyna się bardzo zwyczajnie, pisarz zmagający się z niemocą twórczą, wynajduje sobie różne, mało ważne zajęcia byle nie siedzieć nad czystą (jak wyrzut sumienia) kartką papieru. A to pomaga żonie smażącej konfiturę, a to ugania się po ogrodzie z córką i psem. I tak wśród zwykłych czynności niepostrzeżenie zanurzamy się w raz z bohaterem w baśniowym świecie. Na jednej stronie pisarz podkrada miseczkę konfitury i wylizuje ją na spółkę z córka pod krzakiem porzeczki, a na kolejnej ulatuje już w balonie w towarzystwie kota Mysibrata, ogniomistrza Pukło i małego, żądnego przygód Mysiaka. W ten oto sposób dostajemy się do krainy Blablacji, w której pisarz-kronikarz, wraz ze swoimi kompanami musi wypełnić ważną misję. Bo w Blabonie źle się dzieje, po długich sytych latach i zażegnaniu groźby wojny obywatele przestali troszczyć się o swój kraj. Przyzwyczajeni do dostatniego życia, rozleniwili się i zapomnieli o swoich obowiązkach, co skrzętnie wykorzystali Jakoimi. Jakoimi, którzy dbają wyłącznie o swoje dobro, majątek i co raz większe wpływy swoje oraz innych „jako i my” postępujących. Bohaterowie muszą przypomnieć mieszkańcom i królowi Cynamonowi (który zamiast rządzić krajem zajął się strzyżeniem pudli) o ich obowiązkach względem siebie i ojczyzny. Ale gdy bohaterowie przybywają na miejsce jest już za późno, władzę w kraju przejęli Jakoimi, król Cynamon został wygnany a na jego miejsce zasiadł Dyrektor. Gdy tylko balon ląduje bohaterowie zostają aresztowani i w tym momencie czeka przed nimi znacznie trudniejsze zadanie. Nie dość, że muszą przypomnieć mieszkańcom Blabony czym jest wolność i jak nie poddawać się ogarniającej cały kraj korupcji, nieufności i „jakoimizacji”, to muszą jeszcze uratować własną skórę, na którą co i rusz czyha zły Dyrektor z całą armią buldogów.

„Na tronie w Blabonie” jest to przede wszystkim wciągająca, pisana pięknym językiem powieść dla dzieci o dobru i postępowaniu zgodnie ze swoimi przekonaniami, mimo słabości swoich i otoczenia. Ale jest to również wspaniała przypowieść dla dorosłych, w której zobaczyć można odbicie realiów PRL-u oraz długą i niełatwą drogę do odzyskania wolności. Dla dorosłego czytelnika szczególnie interesujące mogą się wydać kolejne spotkania Kronikarza i Dyrektora (przedstawicieli przeciwnych, zwalczających się obozów), w trakcie których dochodzi do słownych utarczek. Dyrektor kusi Kronikarza sławą, zaszczytnym miejscem w historii, a przez to i nieśmiertelnością. Kronikarz natomiast próbuje uwrażliwić Dyrektora na los ludu, potęgę współczucia i prawdy. Ale z daremnym skutkiem, każdy z nich twardo trzyma się swoich poglądów. Kronikarz nie chce zgodzić się choćby na najmniejszy kompromis: „Nie będę bronił kłamstw, choćby brzmiały najszlachetniej, ani przemilczał ceny, jaką płacić już przyszło. Nigdy dla mnie wolnością nie stanie się przemoc, owa wolność strażnika więzienia”(str. 228), a Dyrektor niezmiennie odpowiada mu: „Cóż za drażliwość sumienia! A wystarczy tylko więcej myśleć o sobie!”(str. 91).

Od pierwszych stron powieść wciąga i zaskakuje. Zaskakuje swoją oryginalnością (świat fantastyczny splata się tu z rzeczywistym, jakby były dwiema stronami tej samej monety) ale również realizmem wydarzeń (bez trudu losy Blabony można odnieść do losów komunistycznej Polski). Dlatego też z przyjemnością zagłębiłam się w przygody Kronikarza i jego przyjaciół i pochłonęłam książkę prawie, że jednym tchem, aż do (równie zaskakującego) zakończenia.

Dopiero po kilkudziesięciu stronach zorientowałam się, ze jest to kontynuacja lektury z podstawówki, a mianowicie "Porwanie w Tiuturlistanie". I do tej książki muszę wrócić, gdyż w tej chwili pamiętam jedynie, że bardzo mi się nie podobała, a przeczytałam ja jedynie z poczucia obowiązku. No, ale miałam wtedy kilka czy kilkanaście lat.